Marcin Wrona, znany reporter TVN, opisał w mediach społecznościowych swoją pechową podróż, która nie poszła zgodnie z planem. Choć dziennikarz na co dzień relacjonuje ważne wydarzenia z USA, tym razem sam stał się bohaterem sytuacji, która z pewnością nie należała do najprzyjemniejszych.

Wrona od lat jest korespondentem „Faktów” TVN w Stanach Zjednoczonych, a jego obecne miejsce zamieszkania to Waszyngton. Niedawno dziennikarz miał lecieć do Chicago, aby relacjonować Konwencję Partii Demokratycznej, na której Kamala Harris miała przyjąć nominację prezydencką. Niestety, plany pokrzyżowały problemy związane z jego lotem.

Reporter TVN relacjonuje pechowy lot. “Dzieci płaczą, dorośli klną”

W niedzielę 18 sierpnia reporter udał się na lotnisko w Waszyngtonie, aby odbyć podróż do Chicago. Niestety, jak sam relacjonował, samolot miał poważne opóźnienie. Początkowo chodziło o półtorej godziny, co i tak wywołało frustrację Wrony. Jak się okazało, powodem było uszkodzenie samolotu, co zmusiło linię lotniczą United Airlines do podstawienia nowej maszyny.

„Słowo daję, oszaleć można. ZNOWU! Tym razem lot do Chicago opóźniony prawie półtorej godziny, bo samolot się zepsuł i trzeba podstawić inny” – pisał zdenerwowany dziennikarz.

To jednak dopiero początek serii niefortunnych zdarzeń. Wrona przypomniał, że wcześniej miał podobne problemy z linią lotniczą United Airlines podczas powrotu z Polski, kiedy to samolot miał niesprawny system projekcji filmów i lampki do czytania. Reporter ironicznie dodał, że telefonowa latarka uratowała go przed patrzeniem w sufit przez ponad dziewięć godzin.

Z czasem sytuacja na lotnisku tylko się pogarszała. Opóźnienie lotu rosło, a Wrona informował na bieżąco swoich obserwatorów, że mimo siedmiu godzin oczekiwania, nie było nadziei na szybki wylot. „Poddaję się. Zaszło już słońce. Mieliśmy wystartować do Chicago dokładnie 7 godzin temu. Na tę chwilę nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie wystartujemy” – pisał rozczarowany.

https://www.instagram.com/p/C-1O9syPMns/?utm_source=ig_embed&ig_rid=3625f9ec-9be1-450e-b8d4-2b3eaf10eb8e

Kulminacją frustracji Wrony była decyzja załogi o zakończeniu pracy z powodu upływu czasu pracy. Po ośmiu godzinach oczekiwania pasażerowie zostali poinformowani, że lot nie odbędzie się. „Dzieci płaczą, dorośli klną… Nikt nie wie, co dalej” – opisywał chaos panujący na lotnisku.

Ostatecznie, po ponad 12 godzinach oczekiwania, Marcin Wrona zdecydował się na podróż samochodem do Chicago, aby mimo przeciwności dotrzeć na miejsce pracy. Tę sytuację z pewnością zapamięta na długo.

Czytaj również: Wyjazd na urlop z dziećmi w czasie roku szkolnego? Polacy mówią jasno, co myślą o zakazie